sobota, 28 września 2013

To już rok!

Już co prawda po północy, ale chyba jeszcze się liczy: dziś minął dokładnie rok od czasu, jak przyjechałam do Tajlandii. Kto by pomyślał, że zostanę tu tak długo! Miał być z tej okazji jakiś jubileuszowy post, ale mój komputer odmówił posłuszeństwa i dwa dni temu musiałam go oddać do serwisu. Mam też niestety obawy, czy w ogóle stamtąd wróci... Jest więc to mój 65 (!) post, z czego pierwszy pisany z telefonu :) A skoro już jesteśmy przy liczbach, to w blogowych statystykach zanotowanych jest prawie... 11 tysięcy wejść! Bardzo się cieszę i dziękuję! To znaczy, że jednak czasami tu zaglądacie. Niech więc nikt mnie potem nie pyta, "jak było" ;)

Niech moc będzie z Wami!


czwartek, 19 września 2013

Weekendowe Koh Samet

Gdybym miała wybrać najchłodniejszy miesiąc w Bangkoku, to chyba byłby to wrzesień. Temperatura waha się teraz w okolicy 30 stopni, a w czasie deszczu spada nawet do 25, co nazwać można solidnym chłodem. Wróciłam właśnie z pracy i mimo długiego rękawa nawet się nie zgrzałam. Przyjemna odmiana! Chociaż wystarczy, że wyjdzie słońce i już robi się nieco za ciepło, zwłaszcza w ołówkowej spódnicy.

Nogi czy parówki? :)
Korzystając z okazji, że Wojtek i Artur pojechali wczoraj nad wodospady do Kanchanaburi (miasteczko ok. 130km na zachód od Bangkoku) i jeszcze nie wrócili, postanowiłam zabrać się za obiecany post o Koh Samet. Tak na ocieplenie tych jesiennych temperatur, które ponoć już nieuchronnie zagościły w Polsce!

A więc było tak. W sobotę rano złapaliśmy autobus z centralnego dworca Ekkamai i po 3,5h dojechaliśmy do Ban Phe w prowincji Rayong (na wschód od Bangkoku), skąd odpływają stateczki (bardzo przypominające nasze helskie kutry!) na wyspę Samet. Pogoda nie zachwycała, więc niespiesznie doczołgaliśmy się do portu, zahaczając po drodze o miejscowy market. Tam też na jednym ze straganów spotkała nas niespodzianka - bransoletka z napisem "Polska"! Nie wiadomo skąd, jak i dlaczego się tam znalazła (bransoletek były może ze trzy lub cztery sztuki, każda z innego, jakiegoś egzotycznego kraju), ale uwieczniliśmy ją na zdjęciu :) W końcu załadowaliśmy się też na stateczek i po 30 minutach byliśmy na wyspie. Niestety, chmury kłębiły się nad nami, a zalane ulice upewniły nas w przekonaniu, że nie będzie to pierwszy tego dnia deszcz, a pewnie też nie ostatni. Na pocieszenie wszyscy sprawiliśmy się nowe szorty/koszulki/okulary oraz nieziemsko drogie roti i od razu poczuliśmy się lepiej. W drodze do bungalowów, gdzie planowaliśmy przenocować (tych samych, gdzie spałam poprzednim razem), złapała nas solidna burza, którą niestety trzeba było przeczekać. W końcu dotarliśmy i miejsce do spania znaleźliśmy, w dodatku po bardzo okazyjnej cenie, ale co nam po tym, skoro za oknem deszcz! Jednak i ten w końcu minął, a nam udało się przenieść z drzemką z pokoju na plażę ;) Z której godzinę później uciekaliśmy w strugach ulewy... Na szczęście wieczorem trochę się rozpogodziło i udało nam się jeszcze nie tylko pójść na obiad (zahaczając po drodze o 7-11, w którym obowiązywały niestety ceny "wyspiarskie", czyli o połowę wyższe), ale też posiedzieć na plaży przy barze Ploy Talay, gdzie każdego wieczoru odbywają się pokazy ognia.

A to jeszcze w Cheap Charlie's wieczór przed wyjazdem - Artur, Wojtek i ja
W niedzielę rano (mam na myśli takie dość późne rano.... może nawet bardzo późne) obudziło nas słońce. Na mnie zadziałało to od razu, chociaż chłopaków nie udało mi się wyciągnąć z łóżek ;). Spakowałam plecak, nałożyłam bikini i po 3 minutach leżałam już na plaży, czego konsekwencję ponoszę do chwili obecnej :):) Po godzinie dołączyli do mnie chłopacy i przez resztę dnia razem już przysypialiśmy na tajskim słońcu, z przerwami na morskie kąpiele, kokosy i zdjęcia. O 19.00 złapaliśmy ostatni autobus do Bangkoku (wcześniej było jeszcze płukanie się z soli morskiej wodą butelkowaną i lekkie nerwy związane z późniejszym niż zakładaliśmy wypłynięciem statku; chłopakom było to pewnie obojętne, ale ja MUSIAŁAM zdążyć na ten ostatni autobus i iść następnego dnia do pracy). Wróciliśmy do domu około północy - zapiaszczeni, przypieczeni, ale chyba zadowoleni :) Niedzielne plażowanie zdecydowanie zrekompensowało nam niepogodę dnia poprzedniego!

P.S. Dzieci właśnie wróciły z wycieczki - nie kąpały się w wodospadach bo zapomniały kąpielówek :D <3


Na bazarze w Ban Phe znaleźliśmy polską bransoletkę!
A tak przywitała nas jedyna brukowana ulica w Koh Samet
Zaraz lunie, ale poprawiamy sobie humory zakupami i bananowym roti
A tak już było następnego dnia! Widok z ręcznika w prawo...
...i w lewo :)
Widoczki
Niestety trzeba już wracać
Niektórych nie interesują widoki ani dobre oświetlenie przy czytaniu ;)
Zachód


poniedziałek, 16 września 2013

Przyjechał mój brat! I znowu problem z kolanem

Po 8 godzinach z lodem nadal nie miałam kolana
Najpierw o kolanie. A już było tak dobrze! Zaczynałam nawet powoli pływać bez ortezy, żeby mięśnie porządnie się odbudowały i tylko do nowych lub "niepewnych" tricków ją zakładałam. I tak też zrobiłam w miniony weekend. Pokusiłam się o back rolla (wyrzucenie deski w tył z obrotem), czyli trick, w przypadku którego nieudane lądowanie na ogół nie jest bolesne. A przynajmniej nie jest, jeśli oba kolana są w porządku, a moje najwyraźniej nie było. Miałam ortezę, w dodatku wzmocnioną specjalnymi plastrami, ale uderzyłam w wodę bokiem nogi (przód deski - bok kolana - biodro), czyli dokładnie tak, jak bym nie chciała. Kolano się nie wykręciło, bo w usztywnieniu nie miało jak, ale uderzenie było tak silne, że przez pierwsze dwie minuty zwijałam się w wodzie z bólu, a przez kolejne kilka godzin siedziałam z nogą w górze i lodem na kolanie. Teraz, po przeszło tygodniu, jest już lepiej, więc wierzę, że nic poważnego się nie stało. Miałam iść do lekarza (nawet poszłam, co nie znaczy, że w ogóle go zobaczyłam), ale ostatecznie tajska organizacja (czyt. dezorganizacja) mi to uniemożliwiła. Nie chce mi się już nawet na ten temat pisać, bo musiałaby stworzyć nowy, bardzo długi post z tajską burzą w tle i morderstwem w afekcie. A wracając do kolana to obawiam się, że albo jestem już za stara, żeby ta nie aż tak poważna (chyba?) kontuzja w pełni się zagoiła, albo nadal coś się w nim kisi.

Dobro! Samo dobro!! :)
Ale żeby było przyjemniej, to w środę przyjechał mój brat! Udało mi się urwać wcześniej z pracy, żeby dotrzeć 10 minut przed tym, jak Wojtek i jego kolega Artur (dwóch świeżo upieczonych studentów prawa - o ho ho!) zadzwonili, że czekają pod drzwiami :) Oni i.... KILOGRAMY jedzenia! Moja mama oczywiście zaszalała i zamiast paczki kabanosów spakowała dziesięć, zamiast kawałka ciasta - pół blachy, a poza tym sery (aaaaa!), ciemny chleb, ogórki, budynie, ptasie mleczko i mnóstwo, mnóstwo innych pyszności! A do tego cztery słoiki powideł od babci, maślane ciasteczka od cioci (udało mi się dorwać do kilku...) oraz.... pluszową foczkę prosto z Helu! :D Aż się głodna zrobiłam, chyba zaraz idę po kanapeczkę. Om nom nom.

Taką miałam kolację następnego dnia!
Myślicie, że z dwójką chłopaków w mieszkaniu jest łatwo? Wcale nie jest! Mimo, że widzimy się tylko wieczorem, bo niestety z pracy wracam dopiero o 18.00. W mrówki uwierzyli mi chyba dopiero przed chwilą, jak otworzyli wafelki! ;) Ale poza tym to w ciągu tygodnia sobie zwiedzają, za to w weekend pojechaliśmy razem na Koh Samed - tę samą wyspę, na której byłam w październiku ze znajomymi. Przed wyjazdem, w piątek wieczorem, udało nam się jeszcze spotkać z Chelsea i Kiddeem w Cheap Charlie's, czyli naszym ulubionym barze dla farangów. Porządny gin z tonikiem za 70 bahtów! ;)

Następny post o Koh Samed - jak uda mi się wyprosić zdjęcia od Wojtka! :)


Kabanosy za owoce

Foka z Helu i ja pozdrawiamy znad bloga! :)


czwartek, 29 sierpnia 2013

Kodeks białego nauczyciela

Weekendowy relaks w TWP
Mija weekend za weekendem, każdy z nich spędzony na wodzie, wytęskniony, wyczekiwany i z bólem żegnany. Grzesiu i Asia wyjeżdżają już w sobotę; nie mogę uwierzyć, że cztery tygodnie zleciały tak szybko! W pracy jakoś idzie, chociaż poranne wstawanie nadal mnie zabija - szczerzę wątpię w prawdziwość twierdzenia, że co nas nie zabije, to nas wzmocni (chyba że mowa tu o tajskim chilli). No i jak na złość, moja pierwsza pracodawczyni chce mnie z powrotem zatrudnić w przedszkolu (a o niczym innym nie marzę, bo tęsknie i za maluchami, i za grafikiem, i za pracą z Chelsea i May), tak jakbym nie była z nią cały czas w kontakcie i nie informowała na bieżąco o poszukiwaniach nowej pracy. Tajowie mnie kiedyś wykończą! W każdym razie, weekendy są co pięć dni, więc da się to jakoś przeżyć :) A propos pływania - w zeszłą niedzielę pojechałam nad Taco Lake (drugi wake park, mniejszy, na południu Bangkoku) na moje pierwsze zawody na wakeskacie! Wakeskate to deska nieco większa od deskorolki, na której pływa się bez wiązań - na ogół w trampkach, a ja póki co nadal na boso. Pływam sobie na niej tyko od czasu do czasu, więc zawody traktowałam jako zabawę. Wróciłam z nowymi siniakami i wakeskatowymi koszulkami. Zdecydowanie było warto!

Zawody (zawodowe sianiaki) na wakeskacie

Ale właściwie to miałam pisać o czymś innym. O kodeksie białego nauczyciela w tajskiej szkole. Brzmi zabawnie? Gdyby nie to, że przez ten rok wiele się już nauczyłam i pewnie nawet nieco wtopiłam w kulturę tajską (po powrocie do Polski będę musiała oduczyć się niesutannego kłaniania!), to pewnie lada moment szlag by mnie trafił. Nadal są rzeczy, których nie aprobuję, ale muszę zaakceptować. Są też takie, które nie mieszczą mi się w głowie, a muszę się pod nimi podpisywać. Jason, mój pracodawca, który mieszka w Tajlandii od przeszło 20 lat, na każdym kroku próbuje nam wpoić, co należy i czego nie należy, dlaczego w naszym oraz jego mniemaniu nie ma to sensu (bo nie ma), ale powinniśmy się temu podporządkować (bo tak). Z tej okazji zorganizował dla nas szkolenie (a przed nami jeszcze kilka; już na samo słowo "szkolenie" przewracam oczami), żeby upewnić się, czy wiemy, komu i jak się kłaniać, a w razie czego też udawać zachwyconych, usłużnych i oddanych. Tak na wszelki wypadek. Szkolenie oczywiście nie mogło się odbyć w czasie pracy, więc wybrano dla nas poniedziałek 12. sierpnia (na który tak bardzo czekałam!), który z okazji urodzin królowej był ustawowo dniem wolnym (jak widać, nie dla wszystkich).



KODEKS BIAŁEGO NAUCZYCIELA W TAJSKIEJ SZKOLE, czyli co zrobić, żeby wszyscy nas kochali:

1. Wygląd. Wygląd, wygląd, wygląd. W pracy i poza pracą, bo a nuż spotkasz któregoś z przełożonych w centrum handlowym - O MÓJ BOŻE!

2. Kłaniaj się (stopień drugi - ten na wysokości nosa) przełożonym, innym nauczycielom oraz rodzicom uczniów. I ZAWSZE odpowiedz na ukłon.

3. Unikaj bezpośredniej konfrontacji z Tajem - oni wolą załatwiać wszystko za pośrednictwem osób trzecich.

4. Jeżeli już do konfrontacji dojdzie, zwrócenie Tajowi uwagi lub poprawienie go nie tylko nie jest na miejscu, ale i nie ma sensu. W najlepszym razie usłyszysz w odpowiedzi nerwowy śmiech (to dobry znak - rozmówca zdaje sobie sprawę, że jest w błędzie), ale na pewno nie przyznanie się do winy, jakakolwiek by ona nie była.

5. Tajom niełatwo przechodzi przez gardło słowo "przepraszam", więc nawet jeśli na nie liczysz, to prawdopodobnie go nie usłyszysz. Ale może za to następnego dnia dostaniesz ładny, różowy długopis. Lub deser. To jest właśnie tajskie "przepraszam"!

A to dziś! -Dlaczego jesteś taki brudny? -"Teacher, football!"
6. Siadając, zwróć uwagę, czy nie wskazujesz nikogo stopą, czyli "najbrudniejszą" częścią ciała (np. zakładając nogę na nogę lub, co gorsza, opierając kostkę o kolano).

7. Przeczytaj najlepiej kilka książek na temat kultury tajskiej. W pokoju nauczycielskim. W obecności tajskich przełożonych. Tak, żeby wszyscy widzieli.

8. Przyklej sobie do twarzy najładniejszy uśmiech (dobrze, żeby był już od 7.00 rano). Przecież jesteś wizytówką szkoły!

9. Jeśli rodzice uczniów próbują mieć wpływ na to, jak traktujesz ich dzieci/prowadzisz zajęcia, itd., zrób wszystko, żeby poczuli się usatysfakcjonowani; nawet jeśli nie masz zamiaru spełnić ich prośby, to przynajmniej sprawiaj takie pozory (pozory, pozory, pozory... Tajlandia to kraj pozorów).

10. Rodzice lub nauczyciele za szkoły najpewniej będą chcieli dodać Cię do znajomych na facebooku lub innych portalach społecznościowych - deal with it. W końcu to Azjaci! :) Stwórz nowe konto, ogranicz dostępność, lub bądź wybitnie poprawny w tym, co publikujesz. Cokolwiek. Ale na pewno nie odrzucaj zaproszenia.

11. Tak, oczywiście. Naprawdę? To cudownie!

12. Jeśli myślisz, że przeszedłeś już wystarczająco dużo szkoleń na temat kultury tajskiej, to na pewno jesteś w błędzie; szkoleń nigdy za mało. No i niemożliwe, żebyś już wiedział, jak się kłaniać. Przecież jesteś farangiem!


Oh, Tajlandio.



P.S. Przypomniało mi się jedno zdjęcie, którego nie miałam jeszcze okazji opublikować. Niedawno, idąc na lunch, spotkałam na drodze mini dinozaura! :) Po angielsku jest to tzw. "monitor lizard", czyli prostu wielki jaszczur. Widziałam ich już kilka, ale tak olbrzymiego jeszcze nigdy!

My mamy wiewiórki, Tajlandia ma dinozaury


piątek, 9 sierpnia 2013

Kolejni goście, weekendowe szaleństwa i paskudne przeziębienie

Pierwszy wieczór: Pim, Green, Grzesiu i Asia
Ruda, Kris i Michalak wyjechali we wtorek (w poniedziałek wieczorem też się spotkaliśmy, przez co wtorkowy poranek okazał się jeszcze trudniejszy, niż poniedziałkowy...), tydzień jakoś zleciał, a już w piątek przyjechali do wake parku Grzesiu i Asia - z Asią się nie znałyśmy, ale zmieniło się to po pierwszym wieczorze. Mieliśmy się spotkać na wodzie dopiero w sobotę rano, ale wracając w piątek z pracy dostałam propozycję wyjścia na piwo. A potem drugą :) Więc nie było innej rady, jak zebrać wszystkich chętnych razem, zorganizować dla Grzesia i Asi transport z tego ich pola ryżowego i spotkać się na gorącej, zatłoczonej Khao San - i tak oto dwa piwa w lokalnym barze zamieniły się w imprezę do rana w centrum. Ale nikt tej nocy nie żałował, ewentualne żale pojawiły się dopiero następnego dnia ;) W sobotę po południu udało się jednak popływać, a wieczorem - zgodnie z zasadą, żeby leczyć się tym, czym się struło - otworzyliśmy wiśniówkę, zagryzając ją kabanosami i Wedlowskim ptasim mleczkiem. Naprawdę! I to z widokiem na wake park! W nocy kompletnie cichy i opustoszały. A rano, zanim jeszcze pojawił się weekendowy tłumek, szybkie mycie zębów, bikini, szorty, vest i pływanie na śniadanie. Takie poranki są najlepsze!

Marna, nocna jakość, ale zawsze coś. Z Pim i Didim.
A propos pływania, zapomniałam napisać, że tydzień wcześniej wypróbowałam nowo otwarty "pool gap", czyli specjalny, mały wyciąg z bajorami na dwóch poziomach połączonymi przeszkodami, wśród których są też schodki i zdradzieckie, betonowe progi. Miałam pecha zahaczyć deską o taki próg (cieszę się, że nie twarzą) i ściąć jeden z wbudowanych finów (stabilizatorów). Nie rzutuje to znacząco na jakość pływania, ale deska przyhamowuje mi teraz na przeszkodach, co nie jest komfortowe. Na szczęście da się to ponoć posklejać specjalnymi, tajemniczymi substancjami, o co poprosiłam już znajomych.

Idealne  zwieńczenie pływania ;)
I tak minął kolejny weekend, po którym nieubłaganie nadszedł poniedziałek, a wraz z nim krzyczące dzieci i te piekielne linijki. I to pewnie przez nie właśnie (przez dzieci, chociaż pewnie przez linijki trochę też) od wczoraj chrypie i mam taki katar, jakiego nie miałam już dawno, nawet za czasów srogich, polskich zim! ;) Nie musiałam być za to dzisiaj w pracy, bo już wcześniej zaplanowałam wycieczkę do ambasady, żeby złożyć podanie o zaświadczenie o niekaralności, a że całość zajęła mi jakieś 15 minut, to był jeszcze czas na leniwą kawę z Chelsea i Kiddeem. Załatwianie formalności w ambasadzie akurat dzisiaj to też nie był przypadek. Wczoraj zaproszona byłam urodziny znajomej (impreza na dachu!), na które nie mogłabym pójść, gdybym następnego dnia musiała iść rano do pracy... A że i impreza, i ambasada, i mieszkanie Chelsea i Kiddee'iego, którzy także byli zaproszeni, a u których mogłam nocować, są w centrum - a do tego całkiem blisko siebie - to chyba oczywistym rozwiązaniem było, żeby to wszystko razem połączyć :) Ale moje tajskie przeziębienie nie ma z tym absolutnie nic wspólnego. To te dzieci! ;)

Termometr próbuje pokazać stan podgorączkowy, ale chyba mu nie wierzę - przecież weekend jest tylko raz w tygodniu. Liczę na to, że magicznie, tajskie tabletki, które kupiłam (Tajowie zdają się nie używać kropli do nosa, wszystko jest w tabletkach - dlaczego?!), zdziałają cuda. Mają kolor smerfowy!

Smerfowe tabletki i leniwe popołudnie.

wtorek, 6 sierpnia 2013

Silom Thai Cooking School - o lekcji gotowania

Mam takie zaległości, że nie wiem nawet, czy zacząć od tego weekendu, czy od poprzedniego! W tygodniu praktycznie tylko śpię i pracuję, a w weekendy nadrabiam to, co da się nadrobić, więc jak tu potem pisać regularnie... ;) No ale niech już będzie chronologicznie. A więc ostatni weekend lipca: czas, start!

Kurczak z orzechami nerkowca
W piątek przyjechali Paula zwana Rudą i Krzysiu zwany Krisem, czyli moi warszawscy podróżnicy, którzy razem ze mną z obrzydzeniem otwierali różowe jajka na Wielkanoc ;) Wracali z Sumatry, poprzedzonej Singapurem, Filipinami i paroma innymi miejscami, których nie pamiętam; wizyta w Bangkoku była jednocześnie ich pożegnaniem z Azją, w związku z czym należało ten czas należycie spożytkować. Wake park zaliczyłam więc tylko w niedzielę, ale wieczór spędziliśmy już wspólnie, delektując się najlepszym w Tajlandii (!) pad thai na mojej ulicy, najtańszą (i jednocześnie najpaskudniejszą) whisky ryżową oraz birmańskimi cygarami, których trochę jeszcze wtedy zostało. Jak łatwo zgadnąć, poniedziałkowy poranek nie należał do najłatwiejszych ;) Ale z wszystkim tym trochę wybiegam, żeby skupić się głównie na sobocie. Wybraliśmy się bowiem na kilkugodzinny kurs gotowania! Sami wskazaliśmy sześć dań, które nie dość, że gotowaliśmy, to jeszcze potem jedliśmy. A porcje były niemałe! Na szczęście w pogotowiu były pojemniczki do pakowania na wynos, dzięki czemu miałam też obiad następnego dnia :) Szkoła, w której odbyliśmy kurs, nazywa się Silom Thai Cooking School, znajduje się w samym centrum Bangkoku i z całego serca mogę ją polecić - iście nie-tajska organizacja, sympatyczni prowadzący, niewysoka cena i pyszne rezultaty. Dostaliśmy też książeczkę z przepisami! Już nie mogę się doczekać, żeby sprawdzić, czy któryś z tych przepisów zadziała w mojej sterylnej, poznańskiej kuchni ;)

Było nas łącznie 9 osób: Ruda, Kris, Łukasz zwany Michalakiem (dołączył do tamtej dwójki w okolicach maja i resztę podróży spędzili wspólnie), Ula i Gosia (koleżanki warszawiaków, które akurat były w Bangkoku) oraz ja, a poza tym po jednej sztuce Holendra, Anglika i Amerykanina (Kanadyjczyka? Już mnie pamięć zawodzi!).

Dania, które wybraliśmy, to:

- zupa z mleczka kokosowego z kurczakiem,
- pad thai,
- kurczak padang curry,
- kurczak z orzechami nerkowca,
- spring rollsy,
- banany w mleczku kokosowym.

Przy każdym daniu były trzy etapy. Najpierw siedzieliśmy na ziemi w jednym pomieszczeniu, gdzie uczyliśmy się, co z czym łączyć, dlaczego tak, a nie inaczej, jak to się nazywa, jak pachnie, i dlaczego ciężko to kupić w naszych krajach ;) Później przechodziliśmy w miejsce, gdzie stały na palnikach gazowych patelnie (każdy miał swoje stanowisko) i zabieraliśmy się za smażenie. W końcu siadaliśmy w części jadalnej, gdzie wśród westchnień zachwytu wciskaliśmy w siebie kolejne porcje. Żyć nie umierać!
Wąchamy, dotykamy, smakujemy, czyli co, z czym i  dlaczego.
Odsączamy mleczko kokosowe na zupę!
Nasze stanowiska już gotowe.
I do dzieła! Uffff jak gorąco.
A to nasza jadalnia. Wszyscy się ruszają!
Oraz pierwsze danie - zupa z mleczka kokosowego z kurczakiem.
A tutaj już egzotyczne składniki do pad thai.
Już za chwilkę, już za momencik...
...i gotowe! Prawie tak pyszne, jak u mojej "pani od pad thai".
A tu mistrz ceremonii zdradza nam technikę właściwego zawijania spring rollsów.
No więc zawijam! I sklejam specjalnym "klejem".
No trudno, trzeba usmażyć w głębokim tłuszczu.
Ale za to rezultat jest powalający!

Ktoś zgłodniał? :)


piątek, 26 lipca 2013

Codzienność

Niedawno mój brat miał urodziny! :)
Powoli tajeję. Nie pamiętam już dnia bez ryżu i co gorsza, wcale za takim dniem nie tęsknię. Zasmakowało mi nawet mięso na patyku! Chociaż tajską kiełbasę nadal uważam za paskudztwo. Codziennie o świcie wlokę się do pracy zapchanym autobusem (poprzedni motocykl nie należał do mnie i musiałam się z nim rozstać; nadal szukam nowego) otoczona wpatrującymi się w swoje telefony Tajami, samej nie pozostając w tyle (niestety). Uświadomiłam też sobie, że nie bardzo pamiętam, jaki dokładnie jest mój naturalny kolor skóry... Ale na pewno nie był to odcień brązu; raczej różowawej bieli ;) Mówiąc "odcień brązu" nie mam też niestety na myśli pięknej, złotej, turystycznej opalenizny, tylko raczej ciemne plamy "na wakeboardera w ortezie" - opalone ramiona, twarz i nogi do linii szortów (w tym jedna na całej długości w białe paski), a reszta biała. Generalnie rzecz biorąc, wyglądam na brudną ;) Nie opuszcza mnie też tajska wysypka, która wywołuje takie swędzenie, że już nawet drapanie o szafę na niewiele się zdaje. Potem tajskie muchy nie dają mi spokoju, bo lubią siadać na wszystkich zadrapaniach. Za to właśnie szczerze ich nie cierpię! Ratunkiem jest maść tygrysia i polski Fenistil. Dowiedziałam się też, że jest coś takiego jak alergia na ugryzienia niektórych owadów oraz maść, która przed tym ratuje; jestem na etapie szukania jej w aptekach :) Aha, no i pogoda. Jakoś teraz tak chłodniej. Niby termometr pokazuje w ciągu dnia te 32 stopnie, ale wcale nie jest mi gorąco. Chyba że pada, wtedy wilgotność staje się dość męcząca. Jednak odczucie ciepła mam zdecydowanie inne, niż na początku. A może po prostu przełomem okazały się katastrofalne temperatury w kwietniu i w maju. "Koszmar minionego lata" brzmi tu bardzo adekwatnie!

A tu jeszcze 4. lipca - świętujemy Dzień Niepodległości (USA) i bawimy się światłem
W pracy całkiem nieźle, a nad potworami udało mi się już chyba zapanować :) Ale zdążyłam się też zorientować, że nasza sekcja English Program to istna sielanka w porównaniu z tym, co dzieje w sekcji obok, gdzie dzieci uczą się "normalnym" trybem. "Normalny" wzięłam w cudzysłów, bo żaden zdrowy na umyśle farang nie nazwałby tajskiego systemu edukacji normalnym. Jedyne jednak, czego nadal nie mogę zdzierżyć, to poranne wstawanie. To też sprawia, że po południu ledwo się czołgam, a po powrocie do domu marzę tylko o pójściu spać. I jak to pogodzić z aktywnym życiem? Ale na szczęście w ciągu roku jest też parę świąt, które David - mój kolega z pracy - i ja dokładnie już sprawdziliśmy ;) W miniony poniedziałek obchodziliśmy Asalha Puja i z tej okazji wolne było od soboty aż do wtorku - większość czasu spędziłam oczywiście na wodzie. Następne święto to urodziny królowej w połowie sierpnia. Już się nie możemy doczekać, żeby razem z wszystkimi celebrować ten dzień ;)

Press na przeszkodzie, czyli długi weekend i wieczorna sesja na wodzie




Mam jednak wrażenie, że moja nowa praca była niejako zrządzeniem losu. Zwłaszcza po wiadomości, jaką usłyszałam w miony wtorek wprost od właściciela wake parku: w przeciągu 1,5 miesiąca mają zamontować wokół akwenu sztuczne oświetlenie, dzięki czemu będzie można pływać także po zmroku, a wyciąg będzie otwarty nawet do 22.00! Przypominam, że w Tajlandii ściemnia się około 18.00 w okresie zimowym i przed 19.00 latem. Ceny pewnie pójdą w górę, ale zdaje się, że zarówno to, jak i zmęczenie po pracy przestaną być w tym momencie istotne! :)

A tak na marginesie - natknęłam się dzisiaj na artykuł w języku angielskim o katastrofalnym w skutkach systemie edukacji w Tajlandii. Artykuł jest dość subiektywny i pisany chyba przez dość rozgoryczonego faranga, ale jednocześnie bardzo prawdziwy - znalazłam potwierdzenie dosłownie w każdym aspekcie. Więc jeśli ktoś czuje się językowo na siłach, to zachęcam do lektury:

http://ireport.cnn.com/docs/DOC-985267?fb_action_ids=217024221783091&fb_action_types=og.recommends&fb_source=other_multiline&action_object_map={%22217024221783091%22%3A132946340185643}&action_type_map={%22217024221783091%22%3A%22og.recommends%22}&action_ref_map=[]

P.S. Aktualizacja z dnia następnego, czyli sprzed chwili: coś mi się chyba pomyliło, jak wczoraj pisałam o pogodzie. Właśnie byłam na dworze i jednak nadal jest gorąco! ;)