czwartek, 13 lutego 2014

W szybkim międzyczasie!

Po powrocie z Malezji wpadłam w wir pracy i obowiązków towarzyskich (ha ha!:) ), więc były to chyba jedne z moich najbardziej niewyspanych tygodni w ostatnim czasie. Dni do weekendu jakoś minęły i nadszedł piątek, na który zaplanowałam z Chelsea i P'Kaew kolejne już świętowanie moich urodzin. I faktycznie, tym razem Bangkok trochę nas pokonał! ;) Bangkok, albo może domowej roboty wino mojego Dziadka (niech Was nie zmyli butelka Smirnoffa na zdjęciu!), od którego zaczęłyśmy świętowanie; czekałam z nim na specjalną okazję! Na szczęście na zdjęciach jak zawsze dobrze się prezentujemy ;).



Weekend upłynął pod hasłem wake'a - czyli jak zwykle - ale ja już czekałam na środę, kiedy miałam spotkać się grupą kilkunastu (!) Polaków (!), którzy przyjechali do Thai Wake Parku na zorganizowany obóz. Wtedy jeszcze prawie nikogo nie znałam, ale szybko się to zmieniło, jak tylko dostałam kabanosy i wiśniówkę! ;). A ptasie mleczko, czekolady i zupki Knorra nadal czekają na najczarniejszą z czarnych godzin. Wszystkim bardzo serdecznie dziękuję!



Tego samego dnia zdawałam też w Bangkoku egzamin TOEIC (certyfikat znajomości angielskiego w środowisku pracy; w Azji mają na jego punkcie bzika!), z którego dostałam - a niech się pochwalę! - 950 punktów na maksymalne 990. Wygląda na to, że mogę tu jednak dalej spokojnie pracować.

Następnego dnia, czyli w czwartek, spotkałam się jeszcze a Anią i Kacprem, którzy przyjechali do Bangkoku tylko na dwa dni, żeby zaraz potem uciec na południe i legnąć pod palmą. Od nich też dostałam prezenty, za które serdecznie dziękuję!

I teraz wyobraźcie sobie, że mimo tych wszystkich spotkań, nadal musiałam codziennie wstawać o 6.00 rano do pracy. Prze - wspa - nia - le.

Poniżej dwa zdjęcia z minionej soboty zrobione przez Wojtka Kalkę. A już w następnym poście o tym, jak w niedzielę pływałam ze słoniami!! Teraz za to pakuję szybko plecak (głównie zestawy bikini) i jadę do Chelsea i Kiddee'iego, żebyśmy jutro rano mogli razem wyruszyć na trzydniową wycieczkę na południowe plaże. Obchodzimy buddyjskie święto Magha Puja, więc mamy długi weekend!!




poniedziałek, 10 lutego 2014

Kuala Lumpur, Malezja (dzień 4.)

Dzień 4.

W poniedziałek wieczorem wracaliśmy już do Bangkoku, więc w ciągu dnia postanowiliśmy pochodzić jeszcze trochę po centrum KL. Zaczęliśmy od... największej na świecie maszyny sprzedającej zabawki zamknięte w plastikowych kulkach (każdy na pewno kojarzy tego typu atrakcje z nadmorskich kurortów!). Nie była ona obecnie w użyciu (niewykluczone, że uruchamiają ją na specjalne okazje), ani nawet nie była nigdzie wspomniana jako obowiązkowy punkt wycieczki, ale znajdowała się niedaleko naszego hostelu, więc chciałam mieć z nią zdjęcie :).


Następnie wsiedliśmy w BTS (kolejka nadziemna w Malezji nie nazywa się oczywiście "BTS", ale tak ją ochrzciliśmy) i pojechaliśmy w stronę China Town, gdzie byliśmy już pierwszego dnia. Najpierw weszliśmy do Sri Mahamariamman, najbogatszej i najstarszej na świecie funkcjonującej świątyni hinduskiej. Była ona nieduża i tak wtopiona w otoczenie, że niewiele brakowało, abyśmy koło niej jedynie przeszli.


Paskudny upał i kompletnie nieruchome powietrze przegnały nas jednak szybko do znajdującego się w pobliżu Central Market, obowiązkowego punktu programu wśród turystów zwiedzających Dzielnicę Chińską. Sprzedawano tam głównie pamiątki, które niekoniecznie nas interesowały, ale była też klimatyzacja i jedzenie, a tego właśnie szukaliśmy ;). Central Market przypomina trochę JJ Market na bangkockim Chatuchak.


W międzyczasie przeanalizowaliśmy mapę i doszliśmy do wniosku, że do Dzielnicy Indyjskiej (Little India), gdzie też chcieliśmy pójść, było niedaleko. Dotarliśmy tam faktycznie po 15 minutach (mimo, że ludzie pytani na ulicy mówili z przerażeniem, że to jest BARDZO daleko i pieszo raczej nie dojdziemy; najwyraźniej poziom aktywności fizycznej Malezyjczyków jest identyczny, jak Tajów), zatapiając się niemalże natychmiast w tę swoistą, hinduską enklawę.


Po krótkim spacerze wróciliśmy do China Town, skąd chcieliśmy udać się do znajdującego się niedaleko (jak nam się wydawało) parku i tam spożytkować, bardziej lub mniej aktywnie, resztę dnia. Ledwo ruszyliśmy we wskazanym nam kierunku, a natrafiliśmy na bardzo przyjazne centrum informacji turystycznej (Kuala Lumpur City Gallery), o którym nie wspominał ani nasz książkowy przewodnik, ani żadna z przestudiowanych przez nas stron internetowych w stylu "10 najważniejszych rzeczy do zobaczenia w KL". A od takiego centrum właśnie bym zaczęła! Niewielkie, ale z ciekawie opisaną historią Malezji, darmowym wi-fi, interaktywną makietą Kuala Lumpur z krótkim pokazem i oferowanymi bezpłatnymi wycieczkami po różnych dzielnicach miasta, na które dla nas było już niestety za późno, czego nie mogliśmy odżałować.


Gdy już uzupełniliśmy swoją wiedzę o Malezji, postanowiliśmy ruszyć dalej w stronę upatrzonego wcześniej parku. Trochę pomyliliśmy drogi i właściwie przez przypadek znaleźliśmy się tuż obok Masjid Negara, czyli Meczetu Narodowego. Skorzystaliśmy oczywiście z okazji i weszliśmy do środka! Wcześniej jednak musiałam włożyć specjalną szatę, zakrywającą mnie od czubka głowy aż po stopy. Przekonałam się, że może być jednak jeszcze goręcej!



Przy okazji gubienia się, natrafiliśmy w przejściu podziemnym na taki o to ciekawy mural. Myślę, że historycy byliby w stanie wiele z niego odczytać:


Według mapy, szukany przez nas park miał być bardzo blisko meczetu, ale... znowu pomyliliśmy drogi i nie mieliśmy już siły zawracać (chyba zapomniałam o tym wspomnieć, ale oznakowania w Malezji są fatalne!), zwłaszcza że czas też powoli zaczynał już nas gonić. Liczę jednak na to, że wiele nie straciliśmy! Zanim dotarliśmy do naszego hostelu, gdzie zostawiliśmy spakowane bagaże, usiedliśmy jeszcze przy pożegnalnej kawie. A potem był już tylko pośpiech, podróż na lotnisko i ostatnie spojrzenie na Malezję z okna samolotu.


Kuala Lumpur, Malezja (dzień 3.)

Dzień 3.

Niedzielę także postanowiliśmy spędzić poza miastem - tym razem wręcz na łonie natury. Pojechaliśmy do Kepong, miasteczka oddalonego o około 20km na północy - zachód od centrum Kuala Lumpur, gdzie naszym celem był FRIM (Forest Research Institue Malaysia), a wraz z nim las tropikalny i zawieszony na wysokości 30 metrów "Canopy Walkway", czyli przejście wśród koron drzew po zawieszonych na linach kładkach.


Wyobraźcie sobie upał, las tropikalny i niemalże kompletną pustkę. Na początku wręcz zwątpiliśmy, czy jesteśmy we właściwym miejscu! Cały park zajmuje olbrzymią powierzchnię i stanowi pewnego rodzaju enklawę (jest tam nawet szkoła i kilka domów). Najpierw idzie się wzdłuż asfaltowej drogi otwartej dla uprzywilejowanych samochodów - na tym etapie nie wiedzieliśmy jeszcze, że czeka nas jakakolwiek wspinaczka. Dalej minęliśmy informację turystyczną, do której chwilę później musieliśmy zawrócić, bo okazało się, że tylko tam można kupić bilety na znajdujący się prawię godzinę drogi dalej Canopy Walkway (nadal jesteśmy wdzięczni przypadkowo spotkanym turystom za tę informację!). W końcu weszliśmy do lasu; było bardzo zielono i tropikalnie, ale przeraźliwie duszno. No i przez pierwsze kilkaset metrów w miarę płasko (ta mała na zdjęciu to ja!).


Nagle jednak droga zrobiła się stroma... Przy 20 stopniach mniej, byłaby to naprawdę przyjemna wspinaczka, ale w malezyjskich warunkach - mimo że nadal sympatycznie - to jednak byliśmy zlani potem od stóp do głów. Lub raczej na odwrót... Ale wciąż z prawie-uśmiechem na twarzy! :)


Gdy po około 45 minutach wdrapywania się dotarliśmy na górę - a tym samym do Canopy Walkway - byliśmy niemalże wśród koron drzew i wiedzieliśmy już, że było warto! Nawet mimo nie najlepszego wyglądu ;).


A potem pokazaliśmy bilety, weszliśmy na kładkę i... przypomniałam sobie, że drewniana kładka w lesie deszczowym w środku Malezji niekoniecznie przeszła testy bezpieczeństwa i że chyba jednak mam lęk wysokości! :D Nie było oprócz nas innych ludzi (dopiero później pojawiły się za nami trzy zasapane osoby), a kładki o łącznej długości 150 metrów kołysały się przy każdym kroku. A pod stopami korony drzew! Krótki, ale jakże ekscytujący spacer! :)




Syci wrażeń, zaczęliśmy schodzić w dół, co jednak okazało się - jak zwykle! - bardziej męczące, niż w górę (zwłaszcza dla moich kolan). Po drodze znaleźliśmy mały strumyk, gdzie trochę posiedzieliśmy mocząc stopy, a potem zeszliśmy już na sam dół, mijając grupkę Malezyjczyków odpoczywających nad wątpliwej czystości pobliskim bajorem i ich kąpiące się dzieci.


Mimo upału, kąpiel więc sobie darowaliśmy, za to chwilę później dotarliśmy do małej, bardzo lokalnej kawiarenki, gdzie skusiliśmy się na malezyjski deser Ice Kacang, czyli rozdrobniony, wręcz "zmielony" lód z syropem i dodatkami (ja nie jestem fanką dziwacznych galaretek i równie dziwacznych kandyzowanych owoców - popularnych także w Tajlandii - więc ograniczyłam się do orzeszków ziemnych i gałki loda). Na tę temperaturę okazał się idealny!


Wracając pociągiem z FRIMu do Kuala Lumpur zdecydowaliśmy, że to jeszcze nie czas do domu. Chcieliśmy por raz kolejny spróbować szczęścia i sfotografować Petronas Towers nocą (fotografować chciał głównie Pat, bo mnie satysfakcjonowało samo oglądanie). Wymagało to od nas - przede wszystkim od Pata - trochę cierpliwości (ustawianie aparatu, statywu, itd.), zwłaszcza że byliśmy bardzo zmęczeni, ale tym razem się udało! Fotograf dobry, to i zdjęcia ładne :). To, na którym jesteśmy razem, udało się zrobić samowyzwalaczem. I tym oto miłym akcentem skończyliśmy dzień!





Kuala Lumpur, Malezja (dzień 2.)

Dzień 2.

W sobotę postanowiliśmy zobaczyć Jaskinie Batu (Batu Caves) znajdujące się nieco ponad 15 kilometrów na północ od centrum miasta. Najpierw złapaliśmy kolejkę nadziemną (podobna do bangkockiego BTS-u, tylko zdecydowanie starsza), którą dostaliśmy się na dworzec główny.


Tam wsiedliśmy w pociąg, który w niecałe pół godziny dowiózł nad do celu. Przywitał nas gwar, stragany z jedzeniem i koralikami oraz lekki smrodek ("Wygląda i pachnie jak w Indiach" - skomentował Pat). Przy głównym wejściu było też kilka niedużych świątyń oraz pomnik Hanumana, hinduskiego boga małp:



Samo wejście natomiast stanowiły strome schody, nad którymi górował najwyższy na świecie pomnik Murugana (prawie 43 metry), boga wojny i zwycięstwa.


Pokonanie schodów nie było problemem, były nim za to małpy, których ja osobiście szczerze nie znoszę. Małpy to małe, wredne zwierzątka, które wyrywają turystom z rąk, co popadnie. Naprawdę nie rozumiem zachwytu niektórych ludzi nad tymi włochatymi potworkami! Przebiegłam więc te nieszczęsne schody szybciej, niż zamierzałam ;).



Na szczycie trochę się rozczarowałam - ta ogólnodostępna jaskinia (wejście bezpłatne) składała się z jednego, dużego pomieszczenia z małą świątynią pośrodku; w dodatku wcale nie było chłodniej, na co po cichu liczyłam. Za to co innego było ciekawe: mimo, że Batu są popularnym miejscem wśród turystów - także tych białych - to zdecydowaną większość stanowili Hindusi. Największe wrażenie zrobiły na mnie ich stroje! Zwłaszcza kobiet i dzieci, które w kolorowych ubrankach i z mnóstwem brzęczącej biżuterii wyglądały przeuroczo. Niektórzy zgodzili się nawet dla mnie zapozować :).




Nie do końca syci wrażeń, postanowiliśmy zwiedzić jeszcze tę płatną część jaskiń, gdzie wejście było już tylko z przewodnikiem, kaskami i latarkami. Warto było!



Zadowoleni z wycieczki, zaczęliśmy kierować się już w stronę wyjścia. Ponownie pokonaliśmy schody, tym razem mając piękny widok na miasto (choć ja akurat pstryknęłam tylko zdjęcie i zbiegłam na dół, uciekając przed małpami), a potem powłóczyliśmy się po straganach, gdzie górowały hinduskie słodkości.




Skusiłam się nie tylko na wspomniane słodkości, ale też na tradycyjny, hinduski tatuaż z henny na dłoni! Wykonanie go zajęło dosłownie kilka sekund, a zakochałam się w nim od razu. Szkoda, że utrzymał się zaledwie przez przez kilka dni!



W końcu wsiedliśmy w pociąg powrotny do Kuala Lumpur, a w nim - tak jak i w tym poprzednim oraz wszystkich następnych - wydzielony był oddzielny przedział dla kobiet. Ponieważ byłam z Patem, to usiedliśmy razem w przedziale mieszanym, jednak będą sama, zdecydowanie wybrałabym ten pierwszy; przez cała cztery dni w KL byłam nieustannie mierzona przez mężczyzn (chociaż szorty nie są akurat w Malezji niczym niestosownym i nosi je cała nie-muzułmańska część kraju), co raczej obniżało moje poczucie komfortu.


Zamiast wrócić prosto do domu, pojechaliśmy jeszcze do parku na obrzeżach miasta, skąd mieliśmy nadzieję mieć ładny widok na oświetlone wieżowce w centrum miasta, zwłaszcza Petronas Towers. Niestety, plan nie wypalił, bo widok zaburzyła nam nieco autostrada i plac budowy kolejnych drapaczy chmur. Znaleźliśmy jednak co innego - punkt z naturalnym masażem stóp, składający się z kamieni różnej wielkości, odpowiednio oszlifowanych i ustawionych pod różnym kątem. Udało mi się przejść tylko po tych najbardziej płaskich... Była to zdecydowanie wersja azjatycka! :D






piątek, 7 lutego 2014

Kuala Lumpur, Malezja (dzień 1.)

W tym tygodniu tyle się dzieje, że ledwo nadążam za samą sobą. Powoli też kumulują się moje zaległości na blogu, ale do przyszłego tygodnia postaram się wszystko nadrobić. Dzisiaj czas na Malezję! Nadal jestem pełna wrażeń i sprzecznych odczuć, i sama nie wiem, jak mam to wszystko opisać. Będzie więc dużo zdjęć :).

Lot był w moje urodziny wieczorem, czyli w czwartek 23. stycznia. W ostatniej chwili dołączył do mnie Pat - ten sam, z którym byłam w Laosie (nie wszyscy pracują od poniedziałku do piątku, jak widać). Wylądowaliśmy dobrze po północy i trochę się martwiliśmy, że nie uda nam się już złapać autobusu do centrum (według naszego przewodnika, ostatni odjeżdżał w momencie, gdy stanęliśmy na płycie lotniska), ale okazało się, że było ich jeszcze pod dostatkiem, najwyraźniej czekających na resztę pasażerów. Pierwsze wrażenie: GORĄCO. Naprawdę, dużo goręcej, niż w Tajlandii. Niby temperatury podawane dla Kuala Lumpur były tylko nieco wyższe, niż dla Bangkoku, ale zasadniczą różnicę stanowiła wilgotności powietrza (jak później sprawdziliśmy, dla Bangkoku wynosiła ona wówczas około 60%, a dla KL przeszło 80%). Dojechaliśmy autobusem do dworca głównego i stamtąd musieliśmy już złapać taksówkę. Kolejne zaskoczenie - taksówka była raczej rzęchem bez klimy, niż wygodną Toyotą z bangkockich ulic. Dojechaliśmy do naszego hostelu, który okazał się dużo gorszy, niż zakładaliśmy (za wcale nie takie małe pieniądze) i bez Internetu ("wczoraj popsuło się Wi-Fi, ale jutro powinno już działać!"). Mimo, że dochodziła 3.00 w nocy, postanowiliśmy poszukać jeszcze jakiegoś sklepu i kupić wodę. Kolejne zaskoczenie - wszystko droższe, niż w Tajlandii, a czasem nawet niż w Polsce! Ostatecznie z wodą pod pachą i bacznie obserwowani przez nazbyt tłumnie jak na tę godzinę zgromadzonych na ulicy Hindusów i czarnoskórych (zorientowaliśmy się potem, że było to typowe dla Butik Bintang - naszej dzielnicy - zwłaszcza w godzinach nocnych) zobaczyliśmy ten oto znak:


I tak niechlubnie zaczęliśmy od łapania Wi-Fi w McDonald'sie (było już dobrze po 3.30), żeby połączyć się z cywilizacją i poinformować świat o naszym dotarciu na miejsce ;). W końcu wróciliśmy do naszego nie najlepszej klasy hostelu i mimo, że nie mogłam przestać myśleć o chowających się pod łóżkiem karaluchach (których być może wcale tam nie było), to zasnęłam natychmiast.

Dzień 1

Wstaliśmy po kilku godzinach obudzeni przez budzik - nie było czasu na spanie, bo musiałam przed południem załatwić w tajskiej ambasadzie wizę. Mimo upału, postanowiliśmy z mapą w ręce dojść tam na piechotę. Wystarczyło, że przeszliśmy kilka przecznic, a już znaleźliśmy się w zupełnie innym świecie - mnóstwo wieżowców, eleganckich apartamentów i... szerokie chodniki (miła odmiana po tych dziurawych tajskich!). Zaraz też naszym oczom ukazały się osławione Petronas Towers, które w ciągu dnia tak naprawdę zlewały się z otaczającymi je budynkami, ale wieczorem, oświetlone, naprawdę robiły wrażenie.


Oczywiście nudno by było, gdybyśmy znaleźli ambasadę tak od razu. Po 20 minutach miałam już koszulkę przylepioną do pleców, a dopiero po godzinie z radością i ulgą usiadłam z numerkiem w ręku w kolejce do okienka. Niestety, minęło kolejne pól godziny, a radość i ulga prysły, bo moje podanie o wizę (turystyczną!) odrzucono. Po prostu, bez powodu. Chcieli ode mnie przedziwnych dokumentów (np. wykazu polskiego konta z podpisem banku), których oczywiście nie jestem w stanie załatwić będąc w Azji. Przypuszczam, że prawdziwym powodem mógł być natłok pieczątek w moim paszporcie (choć w rzeczywistości miałam dotychczas tylko dwie wizy non-B i JEDNĄ turystyczną, którą dostałam jeszcze w Polsce przed pierwszym wylotem) i wybitnie zły humor pani w okienku, która skwitowała wszystko stwierdzeniem "to twój problem", co było bardzo nie w porządku. Jak tylko jednak wyszłam z ambasady, postanowiłam szybko o wszystkim zapomnieć i cieszyć się wakacjami w Malezji (po powrocie do Tajlandii przysługiwało mi przecież jeszcze 30 dni bez wizy). Zaczęłam więc od "ciastka pocieszenia" :).


Ruszyliśmy potem w stronę Petronas Twin Towers, które widzieliśmy dotychczas tylko z daleka, zahaczając po drodze o chińską świątynię, udekorowaną już na Nowy Rok (obchodziliśmy go tydzień później, czyli w miniony weekend). Wieże zrobiły na nas wrażenie, chociaż fakt, że znaczną ich część zajmuje po prostu centrum handlowe, trochę mnie rozczarował!


Dalej było włóczenie się po mieście i bolące nogi. Poszliśmy do China Town , gdzie zjedliśmy pyszne, indyjskie curry (wiem, że jedzenie indyjskie w malezyjskiej dzielnicy chińskiej brzmi zabawnie, ale różnorodność kulturowa jest tu tak duża, że wbrew pozorom była to chyba najwłaściwsza decyzja, jaką podjęliśmy).



Kolejne zdziwienie: zaopatrzenie malezyjskiego 7-11 (Seven Eleven) jest zupełnie inne, niż tajskiego. Niby uboższe, ale z drugiej strony z większą liczbą europejskich produktów i znanych nam marek. No i droższe. Ale dzięki Bogu, że w ogóle jest, bo nasze zapotrzebowanie na wodę było wyjątkowo wysokie! Tego dnia poszliśmy jeszcze zobaczyć drugą "słynną wieżę", czyli Menara Tower. Po drodze spotkaliśmy paru taksówkarzy, z których większość wyglądała tak:


Tak to jest, gdy na dworze gorąco, a samochód bez klimy! My też już ledwo powłóczyliśmy nogami. O, właśnie taka byłam zachwycona szukaniem kolejnego meczetu (większość mieszkańców Malezji to wyznawcy Islamu), który tutaj jest już na szczęście za moimi plecami (Masjid Jamek).


I kolejne zaskoczenie na koniec dnia - ściemnia się znacznie później, niż w Tajlandii! Nieświadomi więc godziny, wróciliśmy do hostelu dosyć późno. Zahaczyliśmy jeszcze po drodze o całkiem znaną w naszej dzielnicy "food stall street" (nie mam pojęcia, jak to przetłumaczyć, bo "ulica z ulicznym jedzeniem" brzmi dosyć niefortunnie; ale o to właśnie chodzi), pełną ludzi, smaków i zapachów.


Wiedzieliśmy już, znowu się nie wyśpimy!