Jeszcze tego samego dnia, kiedy Marysia wyjeżdżała, pojechałam wieczorem do Chelsea, żebyśmy mogły następnego dnia rano ruszyć wspólnie na Koh Samed (dworzec autobusowy jest 10 minut pieszo od ich domu). O Samed już pisałam - jest to tak zwana "weekendowa wyspa Bangkoku" (około 3,5h autobusem do Ban Phe, a potem 30 minut kuterkiem; to był już mój trzeci raz!). Jeśli ktoś jest leniwy i, już na miejscu, nie ma siły przewlec się w upale paru kilometrów, musi zadowolić się mało ciekawą plażą, brudną wodą i zwykle tłumikiem ludzi (za to 7-11 będzie w pobliżu). Jednak im bardziej oddalimy się od portu (czyt. złapiemy pick-upa lub spoceni jak myszy pomaszerujemy około 45 minut - ja zawsze użeram się z tą drugą opcją, właściwie to nie wiem, dlaczego), tym zrobi się puściej, czyściej i zdecydowanie piękniej. Warto się więc przejść!Ale co tu dużo pisać. Przez trzy dni leżałyśmy głównie na plaży i piłyśmy szejki owocowe. Pół soboty spędziłyśmy też malując jajka (nie myślcie, że to takie proste; farbki przywiozłam z Bangkoku, a po jajka - ugotowane już! - drałowałyśmy do 7-11, a i tak udało nam się kupić tylko cztery).
O, a tu malujemy! Siedziałyśmy tak dobre kilka godzin, doprowadzając nasze pisanki do perfekcji i jednocześnie wzbudzając zainteresowanie kilkorga miejscowych.
Na śniadanie wielkanocne ograniczyłam się do orzeźwiającego szejka, więc bardziej świątecznie potraktowałyśmy lunch (może ośmiornica w curry i koktajl z mango nie brzmią szczególnie wielkanocnie, ale za to są pyszne). A że była to jednocześnie pora śniadania w Polsce, to udało mi się jeszcze zdzwonić z rodziną na skypie! Byłam już wtedy wersją trzydniowej skwarki ;).
Nigdy nie chce mi się opuszczać wyspy. Żadnej! Ale trzeba było wracać. Chelsea zrobiła mały, wielkanocno - wakacyjny kolaż...
...a ja jej ostatnie już zdjęcie w drodze powrotnej.
I znów witamy upalny Bangkok!











Brak komentarzy:
Prześlij komentarz